16 listopada 2020

Początek pandemii COVID-19 w Polsce – wywiad z Dyrektorem ds. Medycznych sieci laboratoriów Diagnostyka

POWRÓT

Prezentowany poniżej wywiad z mgr Danutą Kozłowską, Dyrektorem ds. Medycznych sieci laboratoriów Diagnostyka jest niezwykle intersujący z kilku powodów.

Po pierwsze, moment zachorowania pani Danuty Kozłowskiej poprzedzał oficjalną datę ogłoszenia obecności COVID-19 w Polsce, czyli w konsekwencji powodował pewien opór dla akceptacji rozpoznania choroby jako infekcji SARS-CoV-2 i skutkował brakiem doświadczeń lekarzy w leczeniu choroby.

Po drugie, udzielająca wywiadu, wysokiej klasy specjalistka w dziedzinie diagnostyki medycznej, może analizować swoją długotrwałą chorobę z dwóch perspektyw praktycznie niedostępnych dla większości chorych: z perspektywy pacjenta i perspektywy diagnozującego leczącego. Ściślej: z perspektywy człowieka poważnie chorego, ze wszystkimi dolegliwościami choroby: cierpieniem i niepokojem wypływającym z choroby per se, lecz także z perspektywy diagnosty świadomego niepewności leczących, wynikającej z niepewnego rozpoznania i intuicyjnie wyczuwanej bliskości epidemii Covid-19. 

Jest Pani ozdrowieńcem z COVID-19. Czy mogłaby Pani opowiedzieć, jak przebiegało w Pani przypadku zakażenie SARS-CoV-2: jak szybko choroba postępowała, jakie badania miała Pani wykonane i jak wyglądało leczenie?

Marzec rozpoczął się dla mnie wizytą w szpitalu. Miałam objawy klasycznej grypy i nikt wtedy nie podejrzewał, że może to być inna choroba. Przy bardzo wysokiej gorączce lekarz rodzinny trzymał mnie w domu. Dostałam leki zwykle stosowane przy zachorowaniu na grypę, do tego witaminę C i wyciąg z bzu na kaszel. Kiedy zdałam sobie sprawę, że sytuacja jest naprawdę poważna i chciałam dostać się do szpitala, właśnie wtedy wystartowała epidemia, która zablokowała SOR-y. Personel medyczny były mocno zdezorientowany. Miałam wtedy tak wysoką gorączkę, że nawet nie pamiętam momentu przyjęcia do szpitala, byłam prawie bez kontaktu. Rozpoznano u mnie zapalenie płuc o nieznanej etiologii. Przez około 3 dni byłam półświadoma. Miałam bardzo rozsądną panią doktor prowadzącą, która rozpoczęła terapię antybiotykami z najwyżej półki, lekami przeciwzakrzepowymi i dużą ilością płynów elektrolitowych. Dostawałam tlen (przez wąsy tlenowe). Miałam bardzo wysokie CRP, leukopenię. Spędziłam na oddziale szpitalnym 2 tygodnie jako pacjentka z zapaleniem płuc. Nikt nie podejrzewał COVID-19 i nie zlecono mi badań w kierunku SARS-CoV-2 nawet po prześwietleniu płuc, które ujawniło zmiany o typie mlecznej szyby. Po 2 tygodniach szpital zaczęto przygotowywać do przekształcenia w tzw. placówkę jednoimienną i wypisano mnie do domu. To, że jestem „dodatnia”, potwierdziło się w testach, jakie z mojej firmy dostarczono mi do domu – testy serologiczne płytkowe i zestaw do samodzielnego wymazania się na test RT-PCR. Wszystkie testy wyszły dodatnie. Wciąż byłam w kiepskim stanie i leczenie przejął prof. Jakub Swadźba. Przepisał mi leki antywirusowe i Plaquenil (hydroksychlorochina), który postawił mnie na nogi mimo tak różnych opinii o jego skuteczności i działaniu ubocznym. Ewidentnie taki tryb leczenia okazał się skuteczny.

Proszę powiedzieć, jak długo odczuwała Pani skutki choroby. Chorowała Pani w marcu 2020 roku – jak się Pani czuje pół roku później?

Ze szpitala wychodziłam jako pacjentka z rozpoznaniem zapalenia płuc i długo nie chciano przyjąć do wiadomości, że mam COVID-19. Skutki choroby odczuwałam około miesiąca. W prasie polskiej nie było wtedy jeszcze zbyt wielu publikacji, więc o tym, jakie są objawy COVID-19 i jak przebiega zdrowienie, czytałam głównie w prasie anglojęzycznej. Miałam zarówno objawy pokarmowe, jak i zapalenie spojówek. Ponadto dość niejednoznaczne objawy skórne umiejscowione na dekolcie i na plecach. Gdybym o nich wcześniej nie przeczytała, to mogłabym nawet nie uznać ich za objaw COVID-19. Na wyniku prześwietlenia z okresu ozdrowieńczego wciąż mam dwa miejsca przyciemnione, ale już nieaktywne.

Jakie badania miała Pani wykonane? Czy wyniki testów potwierdziły COVID-19?

Chorowałam mniej więcej od początku marca. Ponieważ w szpitalu nie badano mnie w kierunku COVID-19, diagnoza potwierdziła się dopiero po wypisie. Badania serologiczne miałam wykonane 20 marca. Od 23 marca byłam na kwarantannie – ale nie dlatego, że byłam chora, tylko dlatego, że na oddziale, na którym przebywałam, stwierdzono COVID-19. Co ciekawe, podejrzewano, że źródłem infekcji była pielęgniarka, która wróciła z urlopu. To pokazuje, jak bardzo nie działało wtedy zbieranie wywiadu i prowadzenie dochodzenia epidemiologicznego. Dlatego też wirus SARS-CoV-2 tak szybko się rozprzestrzeniał, szczególnie w szpitalach. Kiedy leżałam na oddziale, prowadzono szkolenia personelu na temat tego, czym jest epidemia i jak sobie z nią radzić. Pracowników z różnych oddziałów zbierano w jednej sali i przeprowadzano szkolenie – dziś wiemy, że jest to niedopuszczalne w sytuacji zagrożenia epidemiologicznego.

Jeśli chodzi o diagnostykę podstawową, proszę zauważyć, że tak charakterystyczne cechy, jak CRP, OB, czyli wskaźniki stanu zapalnego, miałam bardzo wysokie. Wyniki badań wykazały również leukopenię i limfopenię. Gdyby wtedy łączono to z COVID-19, skutki szerzenia się infekcji mogłyby być bardziej ograniczone. Nadal uważam, że za słabo diagnozujemy okres przed możliwością zastosowania testu RT-PCR, a jest on najbardziej zakaźny. Zlecenie morfologii i podstawowej biochemii daje podstawę do stwierdzenia u pacjenta rozwijającej się infekcji – jeszcze przed wykonaniem badania RT-PCR. W dobie pandemii pacjenci, którzy mają wysokie CRP, leukopenię i limfopenię, powinni być od razu odizolowani, a następnie powinno być wdrożone postępowanie, które pozwoliłoby to wyjaśnić. A to może być czas największej zakaźności.

A czy Pani domownicy zakazili się od Pani?

Nie. Mieliśmy tylko wspólną łazienkę i kuchnię, ale byłam w takim stanie, że właściwie nie wychodziłam z pokoju. Prawdą jest to, co mówi prof. Simon – do zakażenia potrzeba tzw. istotnego kontaktu, czyli konieczna jest ekspozycja na kontakt z wirusem bez żadnego zabezpieczenia i przez dłuższy czas.

Czy udało się Pani ustalić, kto mógł być źródłem zakażenia w Pani przypadku?

Podejrzewam, że zakaziłam się na zajęciach ze studentami. W opisie mojego przypadku opracowanym przez prof. Jakuba Swadźbę oszacowaliśmy pierwszy kontakt na ostatnie dni lutego. Wtedy na uczelni były dwudniowe egzaminy.

Minęło pół roku. Czy badano u Pani poziom przeciwciał? Jaki jest Pani status serologiczny?

Mam bardzo wysokie przeciwciała w klasie IgG, zarówno wobec białka S, jak i N. Przebieg infekcji był u mnie bardzo gwałtowny, bo już po kilku dniach od kontaktu z wirusem byłam „nieprzytomna” z powodu wysokiej gorączki. Mój układ immunologiczny najpierw się zatrzymał, a potem stanął do walki.

W ostatnich dniach mamy rekordowe wzrosty liczby wykrywanych przypadków. Co Pani zdaniem czeka nas w okresie jesienno-zimowym?

Nie jestem autorytetem w tej dziedzinie, ale wrodzona ciekawość i obowiązek zawodowy każą mi śledzić i analizować te dane. Sądzę, że podobnie jak w przypadku innych infekcji wirusowych jesienny szczyt zachorowań nastąpi. Właściwie już mamy z tym do czynienia. Nasze organizmy są słabo przygotowane, a odporność nie jest w najlepszej kondycji.

Na szczęście obserwujemy pewne korzystne zmiany. Od kiedy wirus SARS-CoV-2 przekroczył granice Chin i przeszedł przez Europę oraz resztę świata, mamy już 5 odmian tego samego wirusa o różnych domenach, co pozwala je klasyfikować jako odmienne wirusy i są one mniej zjadliwe. Dzieje się więc tak, jak przy innych epidemiach – każda kolejna mutacja patogenu jest łagodniejsza.

Nowy koronawirus spowodował, że najtrudniej było przeżyć osobom najsłabszym, których system immunologiczny nie funkcjonował prawidłowo. Jednocześnie nie do końca mogę zgodzić się z teorią, że zabijają choroby współistniejące, a nie COVID-19. Ja też mam choroby współistniejące, ale przy tym mam silny system immunologiczny. Moim zdaniem raczej jest tak, że najgorzej infekcję przechodzą osoby ze słabym systemem immunologicznym i dodatkowo z chorobami współistniejącymi, które nie pozwalają organizmowi budować odporności w takim stopniu, w jakim jest to potrzebne. Wirus niszczy niekoniecznie organizm, który ma choroby współistniejące, ale taki, który sam z siebie jest słaby. To są np. osoby przemęczone, przepracowane, palące papierosy, mało aktywne sportowo. Dlaczego osoby aktywne fizycznie przechodzą COVID-19 łagodnie? Ponieważ wszystkie osoby, które uprawiają sporty, mają podwyższoną liczbę limfocytów i to akurat tych, które mają stanowić o obronności. Ci ludzie potrafią tego wirusa zwalczyć i to jest cenna i ważna wskazówka dla ludzkości. Trzeba przemodelować nasz sposób życia. Myślę, że będzie to głęboko zmieniało świadomość ludzi – jeżeli chcemy przeżyć jako cywilizacja, musimy odrzucić wszystko to, co nas powoli zabija.

Niestety, jest coraz więcej zwolenników tzw. teorii spiskowych na temat nowego koronawirusa. Często są to osoby, które nie wierzą w jego istnienie. Co jako ozdrowieniec powiedziałaby Pani takim ludziom?

Propagują to ludzie „słabej wiary” i o głębokiej niewiedzy. Oczywiście nie chodzi mi tu o światopogląd religijny, ale o ludzi, którzy poszukują przeróżnych teorii, aby usprawiedliwić swoją niewiedzę, a następnie na tej niewiedzy budują ideologie i teorie, czym mocno szkodzą nie tylko sobie. Oprócz odporności „stadnej”, budowanej niestety ze sporym odsetkiem śmiertelności wśród populacji, musimy dążyć do uzyskania odporności na bazie szczepień. W szczepieniach zawsze zdarzały się pojedyncze przypadki, kiedy uodpornienie kończyło się pewnym niepowodzeniem – czy to z powodu nierozpoznanych przyczyn genetycznych, czy to w organizmie z osłabionym systemem odporności lub na skutek rozwiniętej alergii na białko. Szybkość rozwoju tej pandemii powinna w jakimś sensie uświadamiać i przygotowywać ludzi jako grupę do tego, z czym się mierzymy. Natomiast żeby odczytywać to odwrotnie – jako zamach na nasze zdrowie, trzeba po prostu być w głębokiej niewiedzy. Dowody naukowe mówią jasno, jak jest zbudowany organizm człowieka i że walka z „obcym najeźdźcą”, typu wirus czy bakteria, odbędzie się tylko wtedy, kiedy organizm jest mocny. Szczepienia wynaleziono właśnie po to, aby sztucznie zbudować tę odporność. Jako osoba, która dość ciężko przeszła tę „inwazję”, powiedziałabym, że życie jest dzisiaj wielkim wyzwaniem – pod wieloma względami i na różnych płaszczyznach, a tym bardziej, kiedy na horyzoncie pojawia się groźba choroby śmiertelnej. Ten lęk się wtedy wzmaga i odzywają się demony, które potrafią całkowicie zawrócić w głowie osobom niemającym wiedzy. Wiedza jest podstawą. Niestety szczepionki na COVID-19 jeszcze nie ma.

Z wiekiem organizm może nabywać choroby metaboliczne i krążeniowe, ale jeżeli kontrolujemy się, leczymy, jesteśmy aktywni, staramy się w miarę zdrowo żyć, to jest on w stanie się obronić. Ja jestem dowodem, że niezależnie od wieku można z tego wyjść cało.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję bardzo.

Rozmawiał: Paweł Krzemień

EUROIMMUN POLSKA Sp. z o.o.
www.euroimmun.pl
Wywiad pochodzi z blog.euroimmun.pl, wykorzystany za zgodą firmy Euroimmun.